Kiedy przyjaciółka chce ofiarować Marley prezent, daje jej ramkę ze zdjęciem przystojniaka i wskazówką: "Chodzi o to, żebyś fotografię wyjęła i wstawiła zdjęcie swojego ukochanego". Ukochanego jednak nie ma i się na niego nie zanosi - Marley (uwodzicielska i brzydka na przemian Kate Hudson) od wszelkich związków stroni, a gdy ma ochotę na seks, dzwoni do kumpla.

"Ty tego chcesz, tylko boisz się przyznać" - poucza ją (we śnie?) Whoopi Goldberg, którą Marley wyobraża sobie jako kogoś w rodzaju Boga. Ale ta lekcja przychodzi już wtedy, gdy bohaterka dowiaduje się, że ma raka i niewielkie szanse na wyleczenie.

Mocno ryzykowny pomysł Nicole Kassell to ubranie historii umierającej miłośniczki życia w hollywoodzkie szaty tragikomicznego romansu ku pokrzepieniu serc. Nie każdy chory ma przecież szansę, by wiadomość o śmiertelnej chorobie przekazał sam Gael Gara Bernal (który za chwilę się w pacjentce zakocha), nie każdy umierający może spełnić marzenie o milionie dolarów (nawet jeśli połowę pożerają podatki), nie zawsze chory ma wokół siebie tak szalonych i oddanych jednocześnie przyjaciół, a zarazem dostaje szansę spotkania nietuzinkowego "chłopaka do wynajęcia", którym okazuje się karzeł o pseudonimie... "Odrobina Nieba".

Film Kassell to bowiem efektowna bajka, nawet jeśli wyciskająca do przesady łzy, to jednak zręcznie rozpisana, przyzwoicie zagrana (Hudson jest inteligentną "dziewczyną z sąsiedztwa", ale pojawia się też w roli jej pozornie nieznośnej matki Kathy Bates, a Bernal jako drętwy obcokrajowiec ogrywa głównie swój wdzięk) i rzecz jasna na każdym kroku podpowiadająca widzowi: "Carpe diem".

A śmierć? I ona poddana jest w "Odrobinie nieba" retuszowi, musi być cool - oswajanie umierania okazuje się mocno powierzchowne, ale też taki był, podejrzewać można, zamiar. W sumie więc seans łzawy, a zarazem lekki i przyjemny - egzystencjalnych strun raczej nie poruszy, ale czas spędzony w kinie stracony być nie musi.