Zobacz także: wielkie emocje na finiszu ligi

Mrozicie już szampany w Bełchatowie?

Jest na to za wcześnie, bo nie wywalczyliśmy jeszcze promocji. Jeśli wygramy w najbliższej kolejce z Kolejarzem, wtedy wystrzelą korki od szampanów. Na razie do kwestii awansu podchodzimy na chłodno, ale znamy swoją wartość i wiemy, że w I lidze możemy wygrać z każdym.

Sobotni mecz z Kolejarzem Stróże jest dla was jak finał Ligi Mistrzów?

Można tak powiedzieć, bo wiemy, o co walczymy. Zrobimy wszystko by ten finał wygrać. Od początku tygodnia mobilizujemy się na to spotkanie. Co najważniejsze, w klubie znów panuje dobry nastrój i wszystko jest pod kontrolą.

Jeszcze niedawno nie było tak sielankowo, bo przegraliście trzy spotkania z rzędu. Dlaczego w końcówce sezonu wpadliście w dołek?

Nie potrafię tego w racjonalny sposób wytłumaczyć. Każda drużyna w przeciągu całego sezonu przeżywa mniejszy lub większy kryzys, nam się to przytrafiło pod koniec rozgrywek. Na szczęście obniżkę formy mamy już za sobą. Moment zwrotny nastąpił w drugiej połowie przegranego meczu w Ząbkach. Wtedy się podnieśliśmy i zaczęliśmy grać jak przez większość sezonu. Później przyszło zwycięstwo nad Flotą. Po tym meczu zeszło z nas ciśnienie, bo do gry wrócił stary-dobry Bełchatów. O porażkach już zapomnieliśmy.

Po trzech wpadkach z rzędu mieliście myśli typu: „chyba nie damy rady awansować”?

Jesteśmy pewni swoich umiejętności i mogę pana zapewnić, że nie było mowy o zwątpieniu. Choć w szatni padły mocne słowa. Rozmawialiśmy między sobą i ze sztabem szkoleniowym i wyjaśniliśmy sobie kilka spraw. Efekty było widać w meczu z Flotą.

Wśród pierwszoligowców może pochwalić się pan bogatym CV. Jak to się stało, że prawie anonimowy bramkarz w Polsce podpisał kontrakt w Grecji?

Do Grecji wyjechałem po krótkim pobycie w Lechu, gdzie wiele się nie nagrałem. Po sezonie spędzonym w Poznaniu byłem na obozie przygotowawczym z Zagłębiem i miałem w Lubinie podpisać kontrakt, ale pojawiła się oferta z Xanti. Pierwotnie miałem tam walczyć o pozycję drugiego bramkarza, ale szybko wywalczyłem sobie miejsce w składzie, którego nie oddałem już do końca rozgrywek.

Kolejarz Stróże - PGE GKS Bełchatów na żywo w Orange sport

Po udanym sezonie w barwach Xanti trafił pan do wielkiego Panathinaikosu. Jak wspomina pan pobyt w Atenach?

To był świetny czas. Po dobrym sezonie w barwach Xanti interesowały się mną trzy wielkie kluby: Panathinaikos, Olympiakos i AEK. Podpisałem pięcioletni kontrakt z Panathinaikosem i od razu wywalczyłem miejsce w składzie. Niestety, nasz trener był zwolennikiem rotacji w składzie i w każdym meczu wymieniał po kilku zawodników. Ja też musiałem się zmieniać w bramce. W pierwszym sezonie przegraliśmy walkę o tytuł z Olympiakosem. Później przyszedł nowy trener, który nie widział dla mnie miejsca w drużynie i odszedłem do Larissy.

W Larissie też nie zagrzał pan długo miejsca.

To prawda, choć na początku wszystko układało się po mojej myśli. Grałem w podstawowym składzie, ale później pojawiły się problemy z pieniędzmi i wszystko się popsuło. Przed rozpoczęciem sezonu zostałem poinformowany, że jeśli nie obniżę swojego wynagrodzenia, to nie będę grał. Nie zgodziłem się na to i z pierwszego bramkarza stałem się golkiperem, który biegał sobie wokół boiska.

Czyli wylądował pan w odpowiedniku polskiego „Klubu Kokosa”?

Można tak powiedzieć. Treningi zaczynały się około godziny 15, gdy termometr wskazywał 43-44 stopnie Celsjusza, ale szybko przyzwyczaiłem się do tych warunków i nie narzekałem. Być może działacze chcieli mnie złamać, ale im się to nie udało. Ostatecznie dogadaliśmy się po ludzku i odszedłem z klubu.

Wróćmy jeszcze do Panathinaikosu. Jak słynny grecki zespół wygląda od wewnątrz?

To bardzo poukładany klub. Przyjeżdżając na trening nie musiałem się o nic martwić, ale dziś to już standard w większości polskich drużyn. Mieliśmy w Panathinaikosie fajną bazę. Przez 24 godziny na dobę dostępni byli ludzie, którzy w każdym momencie byli gotowi do pomocy piłkarzom, obojętnie w jakiej sprawie. Poza tym dzieliłem szatnię z wieloma dobrymi graczami, że wspomnę tylko o Gilberto Silvie i Giorgosie Karagounisie, który jest ikoną greckiej piłki.

W barwach Panathinaikosu zagrał pan raptem kilkanaście meczów. Dlaczego nie udało się panu zrobić kariery w słynnym greckim klubie?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Sezon zacząłem w podstawowym składzie Panathinaikosu i w ośmiu spotkaniach puściłem tylko jednego gola, na dodatek z rzutu karnego. A w następnym meczu siedziałem już na ławie. Trener tłumaczył to tym, że jego filozofia gry polega na rotacji w składzie. Musiałem się z tym pogodzić. Sam nie mogłem się wstawić do bramki.

Kibice w Grecji są naprawdę tak fanatyczni, jak się o nich mówi?

Są bardzo fanatyczni, bo dla nich futbol to religia. Miałem wielokrotnie okazję, żeby się o tym przekonać. Gdy grałem w Panathinaikosie to przed wyjazdowym meczem z Olympiakosem przyszło pod stadion około trzech tysięcy ludzi by nas zmobilizować przed spotkaniem z odwiecznym rywalem. Kibice w Grecji bardzo poważnie traktują swój klub. Są gotowi oddać życie za ukochaną drużynę. To jest fanatyzm. Choć czasem są z tym problemy. W Larissie po jakieś porażce siedzieliśmy kilka godzin w szatni, bo kibice chcieli z nami „pogadać”. Podobną sytuację przeżyłem na Krecie, gdzie drużyna była skazana na spadek, ale kibice tego nie potrafili zrozumieć i po kolejnej przegranej chcieli dać upust swoim emocjom. Wtedy też byliśmy długo zamknięci w szatni, a na mecz pojechaliśmy pod eskortą policji.

Czego najbardziej żałuje pan z greckiej przygody?

Żałuję, że nie udało mi się zdobyć mistrzostwa Grecji z Panathinaikosem. To raz, dwa, to szkoda, że nie udało mi się zostać w Atenach dłużej i wypełnić kontraktu. Ale ogólnie pobyt w Grecji wspominam bardzo miło. Po pierwszym roku gry wybrano mnie najlepszym bramkarzem w Grecji. To był mój mały sukces.

Gdy był pan w Grecji w życiowej formie interesował się panem ktoś z reprezentacji Polski?

Nikt się ze mną nigdy nie kontaktował i nikt nie przyjeżdżał mnie obserwować, gdy broniłem w lidze greckiej czy Pucharze UEFA. Można powiedzieć, że byłem bliżej gry w... reprezentacji Grecji niż Polski.

Jak to?

Reprezentanta Grecji chcieli ze mnie zrobić koledzy klubowi - Karagounis i Fyssas. Na początku były to tylko luźne rozmowy w formie żartu, ale później padło już konkretne zapytanie. Sprawa była dość poważna, bo trafiła do ówczesnego trenera Greków Otto Rehhagela. Wtedy reprezentacja Hellady miała problem z obsadą bramki, bo Andonios Nikopolidis kończył karierę a następców nie było widać. Jednak w delikatny sposób odmówiłem i już nie było żadnych nacisków.

Z perspektywy czasu nie żałuje pan, że nie przyjął oferty od kolegów z Panathinaikosu?

Nie żałuję, bo jestem Polakiem i jeśli miałbym grać w kadrze, to w grę wchodzi tylko reprezentacja Polski. Niestety, nie dane mi było zagrać w biało-czerwonych barwach.

Posmakował pan piłki na Zachodzie. Ciągnie pana jeszcze za granicę?

Nie ukrywam, że chciałbym jeszcze pograć za granicą, ale z drugiej strony bardzo dobrze czuję się w GKS-ie. W Bełchatowie mamy fajną ekipę i jasny cel, który chcemy zrealizować. Dzisiaj jestem w Bełchatowie i tu chcę grać. Co przyniesie życie, zobaczymy.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek