Trzeba bowiem dużej dezynwoltury, by przez dwie godziny wciskać publiczności kit za kitem - że wojny gangów i narkotykowe interesy to w naszym pięknym kraju zabawa w piaskownicy i że zlepek nieudolnych obrazków przypominających harce amatorów z blokowiska to już film.
 
Widownia aż tak głupia nie jest - na pokazie przedpremierowym panowała atmosfera stypy, a przecież "Weekend" miał być w zamierzeniu komedią. Niektóre złe filmy faktycznie śmieszą, ten nie - trudno nie współczuć ratującym się manierycznymi grymasami aktorom, trudno nie zastanawiać się refleksyjnie, dlaczego wyjątkowo kosztowne podobno efekty specjalne wyglądają tak prowincjonalnie, a na dodatek trudno nie zastanawiać się, kto wmówił scenarzyście, że dialogi gorsze niż w "Na Wspólnej" staną się od razu finezyjne, gdy wstawi się w środek parę tuzinów wyrazów na "k".
 
Miotają się więc po ekranie gangsterscy idioci, udają rosyjskich mafiosów i w pijackim amoku szukają broni. Od tępych żartów z wielkich stóp wypindrzonej nastolatki przechodzimy do równie tępych żartów o gejach, których jest na ekranie całkiem sporo, ale tylko dlatego, że trzeba w finale podkreślić dobitnie, że prawdziwy gangster "pedałem" być jednak nie może. W tym samym finale, do którego nieliczni być może dotrą, jest zresztą wisienka na torcie, czyli bezczelnie niezdolna i drewniana Edyta Zając w rólce epizodycznej. Gdyby przyznawano w Polsce Złote Maliny, byłaby pewniakiem, ale i reżyserowi coś ważnego się przecież udało - dopiero początek stycznia, a "Weekend" ma już ogromne szanse na tytuł najgorszego polskiego filmu roku.