Wczoraj stacja Bright House Sports Network zaprezentowała sylwetkę młodego Jordana. Marcus jest jednym z liderów akademickiej drużyny Centralnej Florydy. W grze nie przypomina słynnego MJ'a ani trochę. Można by rzec, że się od niego różni pod każdym względem - nawet do kosza rzuca drugą ręką. Zdobywa średnio na mecz 15 punktów i liczy na udział w najważniejszym turnieju akademickim, NCAA Tournament. Gra w tych zawodach drastycznie zwiększa szanse na udział w drafcie do ligi NBA. Gra podczas March Madness to tak naprawdę walka o życie. Jeśli UCF Knights otrzymają kwalifikację do niżej notowanego National Invitation Tournament dla Marcusa Jordana będzie to stracony rok.

Do końca sezonu zasadniczego drużynie z Florydy pozostały cztery mecze, w tym środowa rywalizacja z Memphis. Pewny udział w NCAA Tournament zapewniłoby zwycięstwo w Conference USA Championship, ale mało kto daje drużynie z Florydy szanse na triumf. "Rycerze" liczą więc na pozytywną opinię po wygranych z Memphis i Connecticut. Ale i tutaj sytuacja wygląda niekorzystnie. Dzisiaj uczelnia złożyła wyjaśnienia w sprawie źle prowadzonego programu. NCAA zwróciło uwagę na zbyt hojne wsparcie finansowe koszykarzy. I nie mówimy tutaj o małych kwotach - kupno biletu na mecz UCF Knights uprawnia do udziału w comeczowej loterii, której główną nagrodą jest sportowy samochód - to na jakie "prezenty" mogą liczyć zawodnicy?

Marcus Jordan wchodzi w decydujący zakręt koszykarskiej kariery. Jeśli uda mu się utrzymać w torze, niebawem zobaczymy go na parkietach ligi NBA. Z marketingowego punktu widzenia to pewny interes - skoro z Jeremy'ego Lina można zrobić gwiazdę New York Knicks, o ile łatwej uda się zbić interes na Jordanie?

Adam Styczek