W Stanach Zjednoczonych od tygodnia na ustach wszystkich pozostaje koszykarz New York Knicks, Jeremy Lin. Wyszukiwarka google po każdym meczu nowojorskiej drużyny dostaje potężny zastrzyk zapytań o chłopaka z Los Angeles. Ostatnio było już tak dobrze, że Lin wskoczył do pierwszej dziesiątki i uplasował się gdzieś pomiędzy fioletową wiewiórką a głównym bohaterem filmu "Kevin sam w domu". Tylko, czy nie powinien w tym zacnym gronie stać kto inny?

Chłopakowi nie można odmówić pasji, zacięcia i niewiarygodnej wiary w sukces. Pomimo przeciwności losu, niechęci ze strony koszykarskich uczelni a później zespołów ligi NBA nagle dostaje szansę pokazania swoich umiejętności przed wymagającą widownią słynnej hali New York Knicks - Madison Square Garden. Warto napomnieć, że do drużyny dostał się zupełnie przypadkowo - trener Mike D'Antoni nawet nie wiedział, jak 22-latek gra. Szkoleniowiec pocieszał się jedynie faktem, że Lin po ukończeniu studiów w prestiżowym (o ironio - nie pod względem koszykówki) Harvardzie będzie przynajmniej najmądrzejszy w zespole.

Pierwszego wielkiego popisu Amerykanina o tajwańskich genach doczekaliśmy się 4 lutego. Lin zdobył przeciw ekipie z New Jersey 25 punktów i 7 asyst. Test osobowości przyszedł jednak dwa dni później, gdy nagle zespół z Nowego Jorku nawiedziła fala problemów. Fani przyzwyczajeni już do nieobecności Barona Davisa z przerażeniem patrzyli na zestawienie Knicks przeciw Utah Jazz. Największa gwiazda, Carmelo Anthony przeciw Nets doznał kontuzji. Żeby tego było mało, z powodów rodzinnych na boisko przestał wychodzić Amare Stoudemire. Lin znów wprawił w zakłopotanie - 28 punktów i 8 asyst.

Lin

 

I gdy już się wpadnie w nurt tych wszystkich pochlebnych opinii, niestworzonych historii o heroizmie, fantazji i niesamowitym nagle odkrytym talencie - przychodzi chwila zawahania - czy Lin to faktycznie bohater, którego warto stawiać na piedestale? Ktoś powie, że oczywiście bo odkąd Lin gra więcej niż 20 minut Knicks wygrywają. Ale z kim tak naprawdę wygrali nowojorczycy? Nets? To trzecia od końca drużyna na wschodzie. Wizards? Jeszcze gorzej. Jazz i Timberwolves? Obecnie nie mają nawet miejsca w playoffs. I na końcu chimeryczni "Jeziorowcy". Do tego jeszcze należy wziąć pod uwagę fakt, że Lin jako rozgrywający na dwie asysty robi jedną stratę. Prawda jest taka, że Lin idealnie wstrzelił się w korzystny grafik meczów. Szum wokół tego chłopaka nie ucichnie przez przynajmniej tydzień, bo Knicks na swojej drodze mają kolejne beznadziejne zespoły - Hornets, Kings i Nets. I dlatego myślę podobnie jak Kobe Bryant - nie rozumiem, skąd takie zamieszanie.

Prawdziwy test - tym razem nie charakteru, a umiejętności przyjdzie dopiero po 21 lutego. Nowy Jork będzie miał po kolei mecze z Hawks, Heat, Cavaliers, Celtics, Mavs i Spurs. Poza Cavs to same potęgi. Śmiem twierdzić, że Lin w czasie tych sześciu meczów nawet nie pochwali się średnią 15 punktów na mecz. To już dużo lepiej wygląda nasz Marcin Gortat, a histerii wokół Polaka nie widać. No wyobraźcie sobie to zestawienie popularności zapytań: fioletowa wiewiórka, Marcin Gortat, Macaulay Culkin.

Wracając do odkrycia ostatniego tygodnia. Na dziś historia Jeremy'ego pokazuje tylko jak bardzo Nowy Jork potrzebuje superbohatera. Może nie takiego, jak Dwight Howard, Bryant czy Derrick Rose. Potrzebuje kogoś na miarę tego smutnego miasta - bohatera, dzięki któremu Knicks będą wygrywali.

Adam Styczek